Miłość na papierku

CamdiluvDo czego potrzebny jest ślub? Przecież jeśli się kogoś naprawdę kocha i wie, że będzie się z nim do końca życia, to nie potrzeba do tego żadnej umowy na piśmie. Wiele osób sądzi, że ten papierek i tak nic w ich życiu nie zmieni, co więcej żaden papierek nie da im gwarancji, że zawsze będą się kochać, więc do szczęścia jest im niepotrzebny.

W internecie znalazłam komentarze dwóch osób, które bardzo dobrze obrazują nowoczesne myślenie wielu ludzi:
zenia_mi :
Ja wole życie na tzw. „kocią łapę” mieszkamy razem od sierpnia, jest nam dobrze ze sobą… nie wiem po co to zmieniać? Żeby potwierdzić miłość na papierku? Znam dużo małżeństw które przetrwały parę miesięcy i koniec i każde z nich mówiło, że po ślubie jest gorzej.
rolkowasopot :
Legalizacja – sama nazwa już odrzuca. Moim zdaniem związek nie idzie w parze z jakąkolwiek biurokracją, czy to państwową czy kościelną. Skoro chce z kimś być to z nim jestem tak długo, jak długo jesteśmy szczęśliwi. Nie widzę potrzeby, aby dodatkowo „cementować” uczucia umowami cywilno-prawnymi. (…) Jeśli będzie się działo źle, chcę po prostu spakować swoje walizki i zapomnieć o tym, co było złe, a nie roztrząsać to na ławach sądowych.

Przykre to jest, że młodzi ludzie tak właśnie postrzegają sakrament małżeństwa – tylko jako formalność, która nic nie wnosi w życie małżonków, a co więcej czyni nawet to życie trudniejsze. Gdyby ślub był bez znaczenia, Bóg nie podnosiłby go do rangi sakramentu! A z życia w wolnym związku nie czyniłby On grzechu ciężkiego.
Osoby, które żyją na kocią łapę, albo rozwiodły się i żyją w nowym związku oburzają się na Kościół. W ich mniemaniu dyskryminuje ich, bo nie dopuszcza do Komunii Świętej. Jak tak można! To jest życie prywatne tych ludzi, dlaczego Kościół uzurpuje sobie prawo do osądzania, czy ktoś jest godny przyjęcia Komunii, czy nie. Innym osobom nie wyszło w życiu, bo np. małżonek ich zostawił. I co wtedy, do końca życia mają cierpieć i być sami? Dosyć, że zostali skrzywdzeni przez los, to jeszcze są pokrzywdzeni przez Kościół. W tych dwóch przypadkach ci ludzie chcą być po prostu szczęśliwi i tylko tyle. Czy tak trudno Kościołowi to zrozumieć?
A czy tak trudno katolikom zrozumieć, że przyjmowanie Komunii Świętej w grzechu ciężkim, jest świętokradztwem? To tak jakby przyjąć miłość Boga, po to aby ją zniszczyć, zmiąć, podeptać i wrzucić do błota. Czy Kościół może dać zielone światło na coś takiego? Co więcej, czy osoba wierząca, która jak mniemam wierzy w obecność Jezusa w Eucharystii, po przyjęciu w takim stanie Komunii, czułaby się bardziej szczęśliwa? No chyba, że nie wierzy, ale wtedy po co miałaby ją przyjmować? Dla formalności, dla zabawy?

Pojawia się też argument, że papierek jest dla tchórzy bojących się, że ich wybranek serca może ich zostawić, więc dla pewności chcą ten związek zalegalizować. Odpowiem przewrotnie: tego papierka rzeczywiście boją się tchórze, bo wtedy będą musieli wziąć odpowiedzialność za swoją decyzję. Nie tak prosto będzie im spakować walizki, uciec gdy pojawi się kryzys w związku i powiedzieć ‘bye bye’, bo ten papierek będzie przypominał im słowa: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.” A gdy nawet uciekną, to ten słowa nie będą dawały spokoju…. Rzeczywiście łatwiej jest żyć bez żadnych zobowiązań, tak na próbę. Problem w tym , że „nie można przecież żyć tylko na próbę, jak nie można na próbę umierać. Nie można też na próbę kochać, na próbę i na jakiś czas przyjmować człowieka„. (Jan Paweł II, 15 XI 1980)

Jeśli ludzie biorący ślub, traktują Pana Boga na poważnie, chcą swoje małżeństwo oprzeć na Nim, to niech się nie dziwią, że diabeł będzie ich atakował. Sakrament małżeństwa jest widzialnym znakiem Bożej Miłości. On ten znak będzie chciał podeptać i zniszczyć. Ten papierek będzie chciał zmiąć i podrzeć.
Nawet gdyby ta miłość była bardzo zniszczona, to jest Bóg, który ją podniesie, poskleja podarte kawałki i wyprostuje. Każde sakramentalne małżeństwo jest do uratowania, o ile człowiek chce współpracować z łaską wypływającą z mocy tego sakramentu.

Dlaczego ludzie żyjący w wolnych związkach mają życie łatwiejsze? Bo demon ich nie atakuje. Tam nie ma papierka więc nie ma co niszczyć. Atakuje to, co jest najcenniejsze, a więc miłość. Nie będzie przecież atakować podróbek miłości, których przecież sam jest ich twórcą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Miłość na papierku

  1. Daria pisze:

    Dzień dobry Pani Moniko! Staje się już powoli Pani stałym komentatorem. Bardzo dziękuję i za teksty i za Pani słowa do mnie. Przepraszam, że tak późno odpisuję z podziękowaniami.
    Hmm… Jest oczywiste, że rodzina zmaga się z różnymi trudnościami. Nie bardzo jednak rozumiem, który to „papierek” chce zniszczyć diabeł atakując małżeństwo. Sakrament małżeństwa nie jest papierkiem i jako taki jest niezniszczalny. A „papier” jako akt małżeństwa dla Kościoła Katolickiego nie ma żadnej wartości…
    Pani jest bardzo pewna słuszności swoich przekonań, czego serdecznie gratuluję i życzę, by to się nigdy nie zmieniło. Wykorzystam więc tematykę posta, by zadać Pani pytanie. Często ze środowisk kościelnych i około kościelnych słyszy się przekaz, że gwarancją szczęśliwości małżeństwa jest dochowanie czystości przedmałżeńskiej i stosowanie przez małżonków naturalnych metodach planowania rodziny. Mam dwie przyjaciółki. Jedna bardzo wierząca, ślub kościelny, npr, zero seksu do ślubu. Druga wierząca mocno średnio, mąż niewierzący, ślub cywilny, czystości i npru brak. Zgodnie z przedstawianą teorią małżeństwo pierwszej z Pań powinno być wzorowe, a drugiej Pani – rozpaść się już dawno z wielkim hukiem. Tymczasem obie Panie mierzą się z identycznymi wyzwaniami w małżeństwie, zdarza się obu narzekać na mężów i to nawet na identyczne przywary. Według teorii pierwszy Pan kocha swoją żonę i „szanuje jej godność”, drugi nie. Tymczasem obaj Panowie są bardzo pozytywni i bardzo zaangażowani w swoje związki i zakochani w żonach, oczywiście obaj maja swoje wady. Byłam również ostatnio świadkiem, jak rozleciały się z wielkim hukiem dwa małżeństwa opierane na wierze i wielkich hasłach…i na co się to zdało…Po prostu hasła lansowane przez Kościół w sferze seksualnej nie znajdują potwierdzenia ani uzasadnienia w życiu. Piszę to z pewną nutą goryczy, bo sama kiedyś gorliwie w te teorie wierzyłam, niestety się zawiodłam. Nie działają schematy typu: brak seksu przed ślubem – npr po ślubie= miłość i szczęście w małżeństwie. Życie pokazuje, że nikogo nie oszczędza, czy spał z kimś czy nie spał, czy używał prezerwatyw czy nie używał, a kwestie te pozostają bez związku przyczynowego. Jak Pani to wytłumaczy? O co tu chodzi? Skoro Pani tak bardzo aprobuje te poglądy (dużo postów dotyczy nauki Kościoła w sprawach około seksualnych) i na blogu je potwierdza, to proszę mi te zjawiska wyjaśnić.
    Ja widzę następujące możliwe tłumaczenia:
    1) albo te teorie to zwykłe wymysły;
    2) albo nauka Pana Boga zapisana w Biblii o „czystości serca” została zdeformowana i spłycona tylko do seksu, a zatem jest przekazywana i interpretowana wadliwie;
    3) albo prawdą jest jeden z punktów filozofii zen: „Prawda tkwi w życiu, nie w doktrynach.”
    A skoro to Pan Bóg ustanowił, to dlaczego to nie działa? Gdzie jest błąd?
    Ma Pani racje, pisząc o osobach chcących być szczęśliwymi. Wśród tych osób są tacy, których Pani opisała. Ale są też tacy, którzy chcąc być szczęśliwymi stosują się do teorii Kościoła Katolickiego wierząc, że ustanowił je Pan Bóg, a potem doznają rozczarowania…

    • Jasne, że nie chodziło mi o zwykły papierek na którym widnieje zapis, że małżeństwo zostało zawarte. Posługując się od początku do końca terminem „papierek” chciałam jakby wejść w słownictwo osób, którzy ten sakrament właśnie tak odbierają – jako zwykły papierek. Poprze to słownictwo chciałam zobrazować wagę sakramentu małżeństwa. Zgadzam się sakrament małżeństwa trwa aż do śmierci – dlatego mówi się, że jest niezniszczalny. Ale na pewno spotkała się Pani z określeniem „zniszczone małżeństwo”, „zniszczona rodzina” . I to miałam na myśli. Analogiczna sytuacja: dusza ludzka jest niezniszczalna (nieśmiertelna), ale przez grzech można ją zniszczyć. Tak samo przez grzech można zniszczyć swoje małżeństwo.

      Ja nigdy nie będę miała na tyle odwagi by stwierdzić, że coś, w tym przypadku zachowanie czystości przed ślubem, npr itd., zagwarantuje mi szczęśliwe małżeństwo. Tej gwarancji nigdy mi nic nie da. To wszystko może pomóc, i zaowocować to jeszcze większa bliskością w małżeństwie, ale NIGDY nie da gwarancji, że ono się nie rozpadnie. Bo to jest praca przez cały czas, z dnia na dzień: nad sobą, nad swoim charakterem, nad relacją ze współmałżonkiem, relacją z Bogiem itd. To nie jest tak, ze przed zawarciem małżeństwa nie robimy tego i tego wiec to nam da gwarancję, więc potem „hulaj dusza piekła nie ma.” Nie. To nie tędy droga.

      Pisze Pani że „Zgodnie z przedstawianą teorią małżeństwo pierwszej z Pań powinno być wzorowe, a drugiej Pani – rozpaść się już dawno z wielkim hukiem” Nie wiem, czy pomyliła się Pani, ale według przedstawionej teorii właśnie powinno być na odwrót. Czyli drugie powinno być wzorowe, bo tam nie ma sakramentu (więc diabeł nie ma co niszczyć), a drugie pierwsze powinno się rozpaść, bo jest bardziej wystawione na ataki szatana. A że właśnie to się sprawdza, to potwierdziła właśnie to Pani słowami: „Byłam również ostatnio świadkiem, jak rozleciały się z wielkim hukiem dwa małżeństwa opierane na wierze i wielkich hasłach…i na co się to zdało…”

      Pytanie tylko jak definiujemy szczęśliwe małżeństwo. Jeśli jest to takie, w którym nie ma większych problemów, konfliktów, kryzysów, czyli jednym słowem mówiąc taka sielanka, to jeśli ktoś tak pojmuje szczęśliwe małżeństwo, to to nieźle się rozczaruje. Słyszałam kiedyś takie porównanie, że życie w małżeństwie to jest tak jakby zamknąć psa i kota w jednej skrzynce, i puścić ich w rejs dookoła świata i co tydzień dzwonić do nich jak tam im leci…. Fizycznie każdy mężczyzna pasuje do każdej kobiety, ale psychicznie, to żaden mężczyzna nie pasuje do żadnej kobiety. Po ludzku jest to niemożliwe, by oni byli ze sobą do końca życia i się kochali, a jeśli się to udaje, to znaczy, że jest to dowód na istnienie Pan Boga.

      Szczęśliwe małżeństwo to jest takie małżeństwo w którym pomimo problemów, trudności, kryzysów, oni wciąż chcą być razem, kochają się, odnoszą się do siebie z szacunkiem. Pomimo tego zła, które ich spotyka, potrafią zaufać Bogu, że On z tego zła wyciągnie jeszcze większe dobro dla nich, dla ich małżeństwa. Szczęśliwe małżeństwo to takie, które nie boi się krzyża, ale przyjmuje go, niesie go razem, bo wie że za tym krzyżem jest zmartwychwstanie.

      Pisze Pani, że te dwa małżeństwa mierzą się z identycznymi wyzwaniami w małżeństwie. Tak, zgadzam się, na pewno są identyczne, bo jesteśmy ludźmi. Tylko, że małżeństwo sakramentalne ma tą przewagę, że w ich relacji jest Bóg i to mierzenie się z wyzwaniami jest nieco łatwiejsze, bo jest na czym się oprzeć – na łasce wypływającej z tego sakramentu, na Nim samym. A w tym drugim przypadku nie ma na czym się oprzeć.

      Co do tego rozgoryczenia, to proszę sobie pomyśleć, co musieli czuć Apostołowie widząc jak umiera Jezus na krzyżu. Czyż oni nie byli rozczarowani? Wielki Bóg, który miał wyzwolić Izrael, a tu lipa. Musieli czuć się oszukani, bo nic takiego się nie wydarzyło, to o czym On im mówił, a tak miało być pięknie, oni Mu zaufali, a teraz widzą jak umarł na krzyżu i koniec ich marzeń, zawiedli się na Nim. Apostołowie po śmierci Jezusa idąc do Emaus, byli wyjątkowo rozgoryczeni. Proszę sobie poczytać w Piśmie Świętym, ja przytoczę tylko fragment: „Jezus który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. /Łk 24, 19-21/ No właśnie: „a myśmy się spodziewali”… Czy to zdanie nie tyczy się właśnie tego rozgoryczenia w małżeństwie? A myśmy się spodziewali, że po ślubie to będzie tak pięknie….

      To wszystko działa, tylko to my wciąż próbujemy narzucać Panu Bogu swoją wizję szczęścia. Ale On naprawdę wie co robi. Trzeba Mu tylko zaufać. Wiem, jest to cholernie trudne, szczególnie wtedy kiedy wszystko się wali, i nie widać, że miałoby się coś kiedyś poprawić. Wiem o czym mówię, bo choć jeszcze nie założyłam swojej rodziny, to żyjąc w rodzinie też jest wiele trudności.

      • Daria pisze:

        Pani Moniko, dziękuję za odpowiedź i kolejny cytat z Pisma Świętego, który mnie zainspirował. Pisząc: „zgodnie z teorią” miałam na myśli nie Pani koncepcję, ale ten przekaz tak często słyszany w Kościele, typu: „żono, czystość plus npr sprawią, że mąż będzie Cię szanował i bardziej kochał. Jak tego nie będzie, miłość będzie gorsza”. Wróćmy więc to tego zdania: „a myśmy się spodziewali”. No właśnie…Może młodzi ludzie „spodziewają się” właśnie dlatego, że słyszą taki przekaz potwierdzany przez osoby, które uważają za autorytety (księża, różni autorzy religijni). Trafiła Pani w sedno: małżeństwo to ogromna i ciągła praca. Dlaczego tego się nie mówi, albo mówi tak mało w Kościele? Paradoksalnie to właśnie takie podejście, jak się słyszy sprawia, że młodzi ludzie rozpatrują relację wyłącznie w kategoriach seksualnych – bo skupiają się obsesyjnie na seksie, tyle, że od strony negatywnej: byle tylko się nie przespać, byle tylko Broń Boże się nie zabezpieczyć, bo będzie tragedia, małżonek mnie nie będzie szanował. No i ktoś nie śpi, nie zabezpiecza się, a tu – jak Pani powiedziała – lipa (żeby gorzej nie powiedzieć, też na cztery litery) – małżonek i tak nie szanuje.Uważam, że te akcenty trzeba rozłożyć inaczej i koniecznie wyjść od kwestii pracy i budowania relacji. Dlaczego Kościół nie przedstawia tego, tak jak to Pani przedstawiła? Pozwoli Pani, że zacytuję kilka wypowiedzi osób, które bardzo dążyły, by oprzeć małżeństwo na wierze: „Eee, człowiek myśli, że te chłopy, to jakaś ziemia obiecana, a to wcale tak nie wygląda”. „Szczęśliwe małżeństwo to mrzonki, o kant d… rozbić”. Nie należy więc się dziwić, że człowiek poszukuje odpowiedzi.
        Pytała Pani, czy spotkałam się z pojęciami zniszczona rodzina i zniszczone małżeństwo. Oj, tak, ja pracuję z takimi rodzinami i małżeństwami zawodowo…
        Życzę Pani wytrwałości oraz szczęśliwego rozwiązania trudnych sytuacji.

        • Pani Dario, myślę, że Kościół coraz bardziej się rozwija i coraz lepiej będzie trafiał do przyszłych współmałżonków. Mi też to bardzo leży na sercu, dlatego uczę się na studium teologii rodziny, by za dwa lata móc być doradcą rodzinnym :)
          Pozdrawiam Panią serdecznie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *